Jak się narodziła demokracja?

Są rzeczy proste do zrozumienia, które jednak ogół ze swoim propagandowo nastawionym umysłem nie jest w stanie zrozumieć.  „Demokracja” to forma religii – tak samo śmieszna jak każda inna religia. Właściwie, dlaczego istnieją religie, chociaż dogmatyczne urojenia są tak oczywiste dla każdego człowieka? To dlatego, że religia, mimo że jest takim samym oszustwem jak każde czary, to jednak jest mentalną terapią idiotów którzy stracili rozum od strachu przed śmiercią i poczuciem niesprawiedliwości. I przy okazji pozwala okradać wierzących oraz „uspokajać masy.”

I napędzają je te same grupy społeczne, gdyż jak każda broń psychologiczna zapewniają elicie stosunkowo tanią broń. Jaki cel stawia się przed każdą religią? – mentalną pacyfikację idiotów, którzy są zdolni do szalonych czynów z zazdrości lub poczucia własnej bezwartościowości, jeśli taki są osiągną. A jak normalny teoretycznie człowiek po 8 godzinach pracy będzie w stanie sobie wytłumaczyć, że on zarobił ledwo sobie na chleb i wodę, a ktoś inny w te same 8h dorobił się czegoś takiego?

posiadlosc

Obietnicą każdej religii z grubsza jest „życie po śmierci pełne szczęścia”, pod warunkiem życia za życia zgodnie z oczekiwaniami elity nakazami i zakazami, pochodzącymi np. z Biblii, wykonując przy tym odpowiednie rytuały, takie jak chrzest lub modlitwy.  Demokracja natomiast wmawia naiwnym, że wrzucenie kartki papieru raz na N lat zmienia świat i dokonuje się „wybór swojego przedstawiciela”, który nie wiadomo dlaczego nagle zacznie działać w interesach tejże słabej jednostki, która, będąc na tyle słabą aby odmienić swój los, oczekuje tego od kogoś innego. Przyjdzie inny władca i sypnie kasą, bo ci poprzedni to idioci.

No tak, obywatel, który nie pozwoli bliskiej rodzinie decydować o losie własnych groszy nagle wierzy, że najbogatsi i najpotężniejsi oddadzą los własnych tryliardów w ręce przypadkowego wyboru człowieka z ulicy i ich dochody nagle popłyną w innym kierunku. Nie wiem, jakim poziomem inteligencji trzeba się charakteryzować, aby uwierzyć w taką magię. A najważniejsze, nikt jeszcze nie pokazał jak miała by taka „demokracja” działać w praktyce. Jak kompletny amator i dyletant w kwestii bezpieczeństwa sieci, mimo to najlepszy chirurg plastyczny, nie wiele znająca się na życiu kosmetyczka, ale ładna z buzi, kierowca autobusu i monter telewizji kablowej mają dokonać wyboru KTO będzie się nadawał np. na stanowisko analityka ryzyka kredytowego? Tak samo jak administrator baz danych nie dokona właściwej rekrutacji na stanowisko psychologa dziecięcego, tak samo jak wykładowca matematyki nie dokona właściwej rekrutacji na stanowisko prezesa spółki giełdowej, tak samo przeciętny kowalski nie dokona wyboru, bo w życiu tego nie robił, nie zna się, nie ma doświadczenia, na stanowisko menedżerskie wymagające sporej wiedzy i rozsądku, chociażby Prezydenta, który z kolei desygnuje Premiera. A przecież tłum, który ma być tym decydentem w demokracji, nie ma mózgu, nie ma woli, a jego sumaryczny poziom inteligencji równy jest najgłupszemu przedstawicielowi tegoż tłumu. Ale amatorzy demokracji do dziś twierdzą, że to ONI najmują władze na parę lat. Ale czym, oprócz ubrania, aparycji i sposobu mówienia może kierować się, na przykład, pianista, zatrudniając specjalistów, powiedzmy, ds. nadstopów? – Niczym. Każda zdrowa psychicznie osoba powie – nie, ani pianista, ani hydraulik nie może tego dokonać. Ale czy jest w stanie przyzwoity hydraulik ocenić optymalną alokację wydatków budżetowych, czy jest on w stanie ocenić źródła przychodów budżetowych i wpływ na nie zgłoszonych przez kandydatów, pomysłów? Ocenić prawdopodobieństwo ich realizacji? Tak samo jak pianista nie wie czym ma się kierować w wyborze takiego specjalisty, tak samo nie ma jak dokonać właściwego wyboru osoby, która na zarządzać prawie 40 milionowym państwem. 

Demokracja – to „przepiękne” pochlebstwo głupiemu człowiekowi z ulicy. Nic więcej.

Ale wierzą, doradzają sobie wybory. A przecież każda decyzja czy to czy wysyłać żołnierzy do Afganistanu czy wprowadzić ulgi podatkowe wymagają profesjonalnej wiedzy, której zdecydowana większość z narodu nie ma i nigdy posiadała nie będzie. Demos – czyli zbiór milionów ludzi, w niczyich interesach niczym kierować nie może z prostego powodu: tłum jest całkowicie niekompetentny i nie może podejmować świadomych decyzji ani kompetentnie ocenić kompetencję swoich „przedstawicieli”, których powinien wybrać.

Ale każdy, kto rozumie tę oczywistą pułapkę demokracji zadaje pytanie, jak to jest możliwe, że mimo praktycznego braku możliwości działania demokracji, „demokracja działa” i takie kraje jak Szwajcaria czy Luksemburg biją na głowę nie jedno państwo totalitarne pod względem poziomu życia tegoż tłumu?

I nie ma w tym żadnego przeciwieństwa. Problem polega na tym, że ogłupione tłumy przejmują grę słów za prawdę, widma za rzeczywistość, a wynajętych przez elitę menedżerów za prawdziwą władzę. Demokracja zarodziła się w Europie, jako przeciwieństwo arystokracji – czyli prawa dziedziczenia poprzez krew elitarnej pozycji. To przeciwieństwo nie było przypadkowe… Dziedziczenie elitarnego statusu i rangi poprzez krew – naturalna cecha europejskiej arystokracji. Więc dostanie się do arystokracji inaczej jak poprzez małżeństwo czyli poprzez krew było prawie niemożliwe. Znaczącą rolę w organizacji społeczeństwa grał również kościół z jego elitą, w którym pojawienie się arystokracji blokował celibat. Ale rola kościoła – to odrębna kwestia.

Co dzisiaj nazywamy demokracją zarodziło się, gdy pojawiła się grupa ludzi tak bogatych, że zakres decyzji podejmowanych przez nich odpowiadał skali decyzji podejmowanych wcześniej tylko i wyłącznie przez arystokrację i Kościół. Na przykład Rothschildowie mogli dać pieniądze na wojnę z tym czy innym królem, a mogli i nie dać – i wojna nie mogła się rozpocząć. De facto, poza arystokracją i Kościołem, wyrósł nowy rodzaj elity, zdający sobie sprawę z potęgi kapitału. Innymi słowy, historycznie, demokracja to legitymizacja elitarnej pozycji trzeciego gracza, i nic więcej. Wraz ze wzrostem złożoności struktury społecznej, możemy mówić o powstaniu jeszcze jednej, nowej władzy – władzy zarządzania lub czwartego gracza –  biurokracji, lub szerzej i nowoczesnej, „menedżment”, od woli której zależni są inni.

Lecz z punktu widzenia ludi to mało istotne i mało wpływa na jego losy, gdyż każda grupa działa tylko i wyłącznie we własnych interesach (gdyż jest świadoma, w odróżnieniu od ludu, swojej pozycji i własnych interesów).

Jak więc w praktyce działa prawdziwa demokracja? Elita, będąc najpotężniejszą częścią danej społeczności, wybiera „listę finalistów”, aktorów, czasem dosłownie, przeznaczonych do ogłaszania swoich własnych decyzji w ramach „demokratycznego” spektaklu. I dokonuje tego w sposób przypominający procedurę wyboru profesorów na zachodzie – Elita dobiera krótką listę wielu kandydatów. W tej krótkiej liście są tylko ci, którzy w każdym przypadku w pełni zadowalają elitę, czyli ci, od których nie można się spodziewać kłopotów i którzy wyrażą wolę elit. Dopiero po tym wyborze, a III RP ma „wybrańców”, którzy często byli finansowani jeszcze za wczasów PRL z zewnętrznych źródeł, w szkole czy na uniwersytecie odbywają się wybory dla ludzi: spektakl bardzo publiczny, który służy jako zewnętrzna forma demokracji.

Dla kogo jest ważny wynik wyborów? – Myślisz dla elity? – Nie. Jej, elicie, już wszystko jedno. Wszyscy, którzy weszli do krótkiej listy, spełniają jej oczekiwania. „Elektoratowi?” – Oczywiście, że nie. Wszyscy kandydaci zostali wybrani przez elitę, to są jej aktorzy. A wszystkie decyzje podejmowane są realne przez elitę, a nie aktorów na scenie. Aktorzy mogą się zmieniać. Ale interesy elity są stałe. A zatem polityka niezmiennie jest w interesie elit.

Więc dla kogo? – dla ludzi z krótkiej listy. Dla nich jest różnica. To jego pięć minut lat.

duda

I nie opowiadajcie mi o walce PISu i PO. I nie ma powodu, aby zwracać uwagę na wewnątrzelitarne starcia. Oczywiście mają miejsca, ale nie ma to znaczenia dla tłumu głosujących. Tłum nie może naruszyć obiektywnego balansu sił grup elitarnych. Dlaczego przedstawiciel elitarnej części społeczeństwa, która ma środki do niespełniania interesów większości, ma spełniać swoje obietnice? Bo prawo? Prawo jest mniej warne niż papier, na którym zostało to napisane, dopóki nie ma siły, która jest w stanie przymusić do jego respektowania. A elita jest najpotężniejszą częścią społeczeństwa i nie ma potężniejszej siły, która by mogła wyegzekwować takie czy inne postępowanie. Jeżeli istnieją więcej niż jedna, grupy elitarne, to „wybór” to efekt kompromisu elit, nie mający żadnego związku ze zdaniem tłumu i ma na celu nienaruszenia balansu. Jeżeli do takiego kompromisu elity dojść nie mogą, mamy do czynienia z wojną domową. Tak było, tak jest i tak będzie.

Elita to zawsze order i dostać się do niej można tylko poprzez procedurę wtajemniczenia. Tak było i będzie, na wieki wieków. A kandydaci? Z puntu widzenia elity to równoważni pod każdym względem najemni menedżerowie, którzy w odróżnieniu od ludu, wiedzą na kogo pracują. Demokratyczny obrzęd wrzucenia kartki papieru daje uczucie głębokiej i pełnej satysfakcji tłumowi, który wierzy, że wygrał w totolotka i jego „wybór” dokona podziału dochodu narodowego w jego interesie. 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s